Fot. Materiały prasowe

University of Westminster: jak COVID-19 zmienia branżę spotkań?

przez Think MICE

Prawie połowa respondentów, którzy wzięli udział w badaniu „COVID-19 Business Impact Study” przeprowadzonym przez londyński University of Westminster twierdzi, że ich firmy – w przeciągu 6 do 12 miesięcy – najprawdopodobniej nie będą istnieć w formie, jaką znamy sprzed pandemii koronawirusa. Wiele z nich może zbankrutować.

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego spadek PKB w rozwiniętych gospodarkach wyniesie w tym roku średnio 6,1 proc. Lepiej (ok. 1 proc. na minusie) będzie w krajach dopiero rozwijających się (gospodarki wschodzące). Wynika to z faktu, że sektor usług nie odgrywa w nich wciąż tak ważnej roli. W podobnym tonie wypowiadają się specjaliści z Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju – przewidują, że 33 głównych gospodarek świata zanotuje spadek PKB o ok. 6 proc.

Przedstawiciele branży spotkań są świadomi problemów, jakie mogą się z tym wiązać. Aż 77,3 proc. respondentów badania University of Westminster przyznaje, że ich firmy muszą przygotować się na recesję w ciągu najbliższych 6-12 miesięcy. Prawie 1/3 pytanych jest pewnych, że popyt na organizację wydarzeń oraz wszystkie usługi, jakie się z tym wiążą zostanie znacząco zmniejszony. Prawie 40 proc. przyznało, że ich firmy mogą upaść, ewentualnie będą musiały zmienić profil swojej działalności, wprowadzając dodatkowe usługi. 66 proc. jest zdania, że w celu pozyskania jakichkolwiek zleceń konieczna jest obniżka cen. 

Niestety, jak wynika z badania, w związku z pandemią nie udało się uniknąć zwolnień. Prawie 26 proc. ankietowanych musiało wysłać swoich pracowników (stałych, zatrudnionych na umowę o pracę, w pełnym wymiarze godzin) na przymusowe urlopy, 13 proc. dokonało zwolnień. Do połowy maja żadnych zmian kadrowych nie wprowadziła mniej niż połowa (42,5 proc.) pytanych. Optymizmem nie napawa też informacja, że aż 63 proc. respondentów twierdzi, że koszty związane z zatrudnieniem pracowników będą wymagały reorganizacji w przeciągu najbliższych sześciu miesięcy. Co w praktyce oznacza kolejne zwolnienia.

Pewnym rozwiązaniem (pozwalającym ograniczyć przynajmniej część kosztów stałych, związanych chociażby z wynajęciem biura) wydaje się być praca zdalna. Aż 82,4 proc. uczestników „COVID-19 Business Impact Study” jest zdania, że praca w domu jest wydajna i nie wpływa na szybkość i jakość wykonywania obowiązków zawodowych. 68 proc. pytanych jest w stanie zaakceptować tego typu rozwiązania na dłużej, jeżeli będzie taka potrzeba. Powrót do biur nie wydaje się więc priorytetem.

To ważne, szczególnie w świetle kolejnych danych – 42,4 proc. respondentów twierdzi bowiem, że poważnie rozważa zmniejszenie zajmowanych przez siebie powierzchni biurowych. Wielu z nich nie planuje przedłużyć umów najmu, niektórzy chcą dzielić biura z innymi firmami lub z freelancerami, w celu ograniczenia wydatków. Rozwiązaniem jest też przeniesienie się do tańszych biur, m.in. w mniej prestiżowych lokalizacjach. – Widzimy pewne podobieństwa pomiędzy obecnym kryzysem, a recesją z roku 1991 i 2009. Wtedy też firmy musiały podejmować trudne decyzje, aby utrzymać się na rynku. Tym co odróżnia obecny kryzys jest fakt, że praca z domu stała się czymś powszechnym. Trzeba wziąć to pod uwagę, gdyż taki trend bardzo dotkliwie może odbić się na rynku nieruchomości komercyjnych – powiedział dr James Morgan z University of Westminster.

Prawie połowa uczestników badania londyńskiej uczelni przyznała poza tym, że ubiega się bądź zamierza się ubiegać o pożyczki rządowe. 14,4 proc. zwróciło jednak uwagę na fakt, że w kraju z którego pochodzą nie ma takiej możliwości, gdyż programy wsparcia nie zostały w ogóle wprowadzone (chodzi głównie o biedniejsze kraje). Tylko 12,6 proc. przedsiębiorców planuje wziąć kredyt w banku komercyjnym. 

W badaniu „COVID-19 Business Impact Study” wzięło udział 675 respondentów z 59 krajów, w tym także z Polski.

Pełny dokument można pobrać TUTAJ

MK