Rob Davidson - Blog

przez Think MICE

Kobiety, gdzie jesteście?

Czy kiedykolwiek mieliście okazję uczestniczyć w konferencji, w której prelegentami byli sami mężczyźni? Byłbym zdziwiony, gdyby okazało się, że nie. Zapewne zdarzyło się Wam to więcej niż raz. Jeśli chodzi o mnie, bardzo często występowałem na eventach, gdzie wśród panelistów w ogóle nie było kobiet. Przynajmniej kilka razy brałem też udział w spotkaniach, gdzie nawet wśród uczestników próżno było ich szukać. Jak to możliwe w XXI wieku?

W dzisiejszych czasach kobiety są przecież obecne praktycznie w każdej branży, na każdym polu aktywności zawodowej. Co więcej, jak coś takiego może mieć miejsce w branży MICE, która jak wiadomo jest – przynajmniej jeżeli chodzi o zatrudnienie – zdominowana przez płeć piękną.

Nie ma zagadnień i tematów, które nie mogłyby być poruszane przez kobiety. Nie istnieje więc racjonalne wytłumaczenie, które uzasadniałoby ich wykluczanie z wystąpień na konferencjach czy kongresach. Nadal się to jednak zdarza. Często zresztą za dobór panelistów i tworzenie programów tego typu wydarzeń odpowiadają… same kobiety. Nie zapraszają one po prostu innych Pań do dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniami. Jedna z nich, dr Saara Särmä, zajmująca się badaniem stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie w Tampere w Finlandii, oburzyła się tym faktem na tyle, że postanowiła założyć własnego bloga. Wylicza na nim wyszukane przez siebie konferencje, kongresy i różnego rodzaju inne wydarzenia, na których prelegentami są sami mężczyźni.

Polecam wejść na jej stronę (http://allmalepanels. tumblr.com) – będziecie zszokowani całkowitym brakiem kobiet na tak wielu ważnych imprezach, z których niektóre dotyczą nawet tematów  bardzo kobietom bliskich, jak np. prokreacja. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca – w świecie, gdzie kobiet jest więcej niż mężczyzn, a wśród nich nie brakuje genialnych jednostek, mogących dzielić się swoimi opiniami i wiedzą z szerszą publicznością. Konferencje, do występowania w których zapraszani są tylko mężczyźni wydają się problematyczne, ponieważ wysyłają ogólny sygnał, że tylko oni posiadają fachową wiedzę w danej dziedzinie. Ich organizatorzy powinni więc zastanowić się nad różnorodnością. Zadbać o to, aby przedstawicielki płci pięknej również były reprezentowane w programie. Musimy zrozumieć, że prelegentki wnoszą do spotkań wielką wartość dodaną. Dzięki nim często poznajemy inny punkt widzenia – ich opinie i przemyślenia w danym temacie.

Ta kobieca perspektywa jest nam wszystkim bardzo potrzebna, pozwala się rozwijać.  Na szczęście sytuacja powoli zmienia się na lepsze. Organizatorzy konferencji i kongresów, często reprezentujący zresztą młodsze generacje, są coraz bardziej świadomi konieczności zachowania równowagi płci w tworzeniu programów wystąpień, wykładów i prelekcji. Ponadto coraz więcej osób zwraca uwagę na ten problem. Poza wspomnianą już dr Saarą Särmä także brytyjski ekonomista Owen Barder stworzył listę, na którą mogą wpisywać się mówcy, którzy w ten sposób składają publiczną deklarację, że nie będą uczestniczyć w męskich panelach (www.owen.org/pledge).  Tego typu inicjatywy mogą wreszcie wpłynąć na realne zmiany w sposobie przygotowania współczesnych konferencji – na pewno przez to dużo ciekawszych i bogatszych merytorycznie.

Harvey, Irma, Jose, Katia i Maria

To nazwy huraganów, które w tym roku nawiedzały różne części świata i były wyjątkowo niszczące. Piszę o tym, ponieważ chcę w związku z tym zadać Wam pytanie: czy zauważyliście, że nasza branża często odgrywa ważną rolę w łagodzeniu ludzkiego nieszczęścia spowodowanego przez klęski żywiołowe? Mam tu na myśli przede wszystkim centra kongresowe i konferencyjne, w których schronienie mogą znaleźć osoby pozbawione przez żywioł dachu nad głową.

Przykładów jest wiele – w 2013 r. Tacloban City Convention Center przyjęło ponad 2,1 tys. poszkodowanych w wyniku tajfunu Haiyan, który spustoszył środkowe Filipiny. W 2005 r. tysiące ludzi szukało schronienia w Ernest N. Morial Convention Center oraz Mercedes-Benz Superdome, podczas gdy Katrina – jeden z najbardziej niebezpiecznych huraganów jakie kiedykolwiek nawiedziły Stany Zjednoczone – pustoszyła Gulf Coast i Nowy Orlean, zabijając niemal 2 tys. osób i niszcząc miliony domów. Szacuje się, że w kulminacyjnym momencie w tych dwóch obiektach znajdowało się odpowiednio ponad 25 i 40 tys. ludzi!  Kiedy w sierpniu tego roku huragan Harvey szalał nad Houston, mieszkańcy schronili się w miejscowym George R. Brown Convention Center. Przygotowano tam 5 tys. miejsc, gdyż takie były wstępne szacunki Czerwonego Krzyża co do liczby osób, które będzie trzeba ewakuować. Ostatecznie okazało się, że było ich prawie dwa razy więcej, przez co część z nich musiała spać na podłodze.

Zaledwie miesiąc temu także centrum konferencyjne w San Juan, stolicy Portoryko, przekształcono w prowizoryczny hotel dla ofiar huraganu Irma. Wyzwania związane z przyjmowaniem tak dużej liczby osób do budynków, które zostały przecież  zaprojektowane w zupełnie innym celu – konferencyjno-kongresowym – są ogromne. Po huraganie Katrina wspomniane przeze mnie obiekty zostały przytłoczone napływem okolicznych mieszkańców, z których wielu straciło dorobek całego życia. Reprezentacyjne Ernest N. Morial Convention Center, które zaledwie kilka dni wcześniej gościło pełen blichtru finał telewizyjnego show Wheel of Fortune (Koło Fortuny) szybko stało się międzynarodowym symbolem rozpaczy i zniszczenia. Ogromna liczba osób, które znalazły w nim schronienie sprawiła, że warunki, w których przebywały były kiepskie i z dnia na dzień gwałtownie się pogarszały. Niektórzy mówili, że w obiekcie było gorzej niż w obozach dla uchodźców zlokalizowanych w krajach trzeciego świata. Wszechobecna, spływająca woda sprawiła, że dywany stały się mokre, przez co ludzie siedzieli w wilgoci, brakowało im poza tym jedzenia, wodny pitnej, szeroko rozumianego poczucia bezpieczeństwa.

Na szczęście w naszej części świata huragany są rzadkością. Co nie znaczy, że nie zmagamy się z innymi klęskami żywiołowymi. Myślę chociażby o powodzi, jaka nawiedziła Europę Środkową w 2010 r. Dlatego warto zastanowić się czy i jak polskie centra konferencyjne poradziłyby sobie w sytuacji awaryjnej – gdyby zaistniała konieczność zapewnienia dachu nad głową setkom, a może tysiącom osób. W przeszłości tę funkcję – schronienia dla potrzebujących – pełniły kościoły. Teraz jednak to właśnie konferencyjne venue zdają się zajmować ich miejsce. Jako „bezpieczne wyspy” w czasach katastrofy.

 

Kultura i biznes idą w parze

W sierpniu miałem przyjemność uczestniczyć w tegorocznej edycji Edinburgh International Festival, który odbywa się w mojej rodzinnej Szkocji. Jak zwykle w programie nie zabrakło mnóstwa ciekawych wydarzeń kulturalnych. Pojawili się światowej sławy artyści związani m.in. z operą, teatrem, tańcem i muzyką. Zwykle moja podróż do Szkocji i wizyta na tym festiwalu jest przerwą, pewnego rodzaju odpoczynkiem od znanego nam wszystkim świata konferencji i spotkań. Tym razem było jednak inaczej. Zrozumiałem, że bardzo ciężko jest już „uciec” od branży MICE, nawet będąc na wakacjach…

Jeden ze spektakli, na który poszedłem, odbywał się bowiem w miejscu o wiele bardziej związanym ze spotkaniami korporacyjnymi niż z teatrem. W jednym z najlepszych hoteli w mieście część sal konferencyjnych została po prostu zaadoptowana na potrzeby Edinburgh International Festival. Przez trzy tygodnie te wszystkie pomieszczenia zmieniły się w niewielkie salki teatralne. W tym czasie zamiast wydarzeń firmowych, szkoleń czy prezentacji produktów organizowano w nich po prostu sztuki teatralne – począwszy od lekkich komedii po dramaty polityczne i społeczne, niejednokrotnie komentujące otaczającą nas rzeczywistość. Muszę przyznać, że sale były zaadoptowane do funkcji teatralnych tak profesjonalnie, że ciężko było sobie nawet wyobrazić ich codzienne przeznaczenie.     

Po przedstawieniu poznałem jednego z managerów tego hotelu. Długo rozmawialiśmy o tym niecodziennym wykorzystaniu powierzchni konferencyjnych. Wytłumaczył mi, że zaadoptowaniu sal do funkcji teatralnych przyświecały dwa główne cele. Po pierwsze zarobek. Pozwoliło to hotelowi uzyskać zadowalające przychody z najmu i to w sierpniu, który jak wiemy, ze względu na okres wakacyjny, bywa dość spokojnym miesiącem w branży MICE, zleceń nie ma wtedy zbyt dużo. Zarobek, poza fakturami opłaconymi przez organizatorów, spotęgowały jeszcze wpływy od gości uczestniczących w spektaklach, którzy wydawali swoje pieniądze w hotelowych barach i restauracjach. Po drugie, przyciągnięcie tak ważnych wydarzeń było świetną okazją do pokazania obiektu – zaprezentowania jego wnętrz ludziom przybywającym na przedstawienia. Mówiąc krótko, świetna i w dodatku darmowa promocja venue.       

Bardzo spodobała mi się ta argumentacja. Udowadnia, że ludzie, którzy wychodzą poza utarte schematy i myślą niestandardowo, są najlepszym gwarantem sukcesu – w tym przypadku akurat hotelu, ale dotyczy to wielu innych dziedzin naszego życia. Ciekawy jestem czy również w Polsce, podczas wydarzeń kulturalnych, jakie odbywały się w Waszym kraju w sierpniu ktoś wpadł na podobny pomysł? Festiwal Szekspirowski w Trójmieście, Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem, to tylko dwa przykłady. Imprez jest znacznie więcej, więc możliwości dotarcia do nowych odbiorców i sprzedania im swoich obiektów macie bardzo szerokie.

Dzielić się wiedzą czy gromadzić?

Przez ostatnie 10 lat wielokrotnie przyjeżdżałem do Polski, aby prowadzić kursy dla specjalistów z branży MICE. Między innymi w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i we Wrocławiu szkoliłem meeting plannerów, reprezentantów venue, pracowników agencji, firm DMC czy biur promocji. To część mojej pracy, którą bardzo lubię. Mam na myśli rozmowy z ludźmi z różnych firm i organizacji w celu podniesienia ich wiedzy, umiejętności i kompetencji. Po to, aby mogli jeszcze skuteczniej wykonywać swoją pracę. Wiedza leży u podstaw wszystkiego co robię w moim życiu zawodowym – dlatego zresztą nazwałem swoją firmę „MICE Knowledge”. Wiedza jest niezbędna, zarówno pojedynczym osobom, jak i całym organizacjom, aby były w stanie działać efektywnie, podnosić swoją wartość i utrzymać przewagę konkurencyjną. 

Szkolenia i warsztaty mogą być doskonałą metodą dzielenia się taką wiedzą. Nie tylko przez trenera, ale także pomiędzy samymi uczestnikami spotkań. Kiedy zacząłem przyjeżdżać do Polski, jedną z pierwszych rzeczy, która rzuciła mi się w oczy było jednak to, że w porównaniu z innymi krajami Europy Zachodniej, wielu uczestników moich kursów bardzo chłodno podchodziło do tego pomysłu. Byli niechętni, aby dzielić się z innymi swoimi pomysłami, sukcesami, doświadczeniem. Bardzo często, gdy zapraszałem ich do dyskusji na temat wykorzystywanych przez nich rozwiązań czy wypracowanych technik, które towarzyszą im w codziennej pracy, reakcją na mój apel była jedynie krępująca cisza i milczenie. Gromadzenie wiedzy dla siebie, zamiast chęć jej wymiany…

Myślę, że podstawowy problem stanowiło wtedy zaufanie, a raczej jego brak. Wszystkie badania naukowe mówią, że to właśnie wysoki poziom zaufania do jakiejś grupy powoduje automatycznie większą chęć do dzielenia się wiedzą z tworzącymi ją ludźmi. Ale w Polsce w tamtych czasach wszystkim wydawało się, że aby jedna osoba mogła odnieść sukces, druga musi przegrać. „Dlaczego miałbym Ci powiedzieć co wiem? Przecież możesz wtedy łatwo użyć moich pomysłów i podebrać mi klientów. Jeżeli podzielę się z Tobą swoim doświadczeniem, stracę przewagę konkurencyjną”!

Takie były moje doświadczenia… Pod koniec ubiegłego roku, po raz pierwszy w życiu odwiedziłem jednak piękne polskie miasto jakim jest Lublin. Pojechałem tam na zaproszenie miejscowego convention bureau, a celem mojej wizyty było przeprowadzenie szkolenia dla przedstawicieli obiektów hotelowych, konferencyjnych i eventowych na temat tego, w jaki sposób przyciągać więcej spotkań. Bardzo mile zaskoczył mnie wtedy poziom interakcji pomiędzy uczestnikami, których było ok. 40. Przez cały dzień wszyscy chętnie dzielili się swoimi pomysłami i technikami pomagającymi im w promocji reprezentowanych przez siebie venue. Odbyliśmy szereg ciekawych i żywych dyskusji na temat wyzwań, jakie napotyka branża MICE w Lublinie. Pojawiły się też liczne sugestie, w jaki sposób miasto i znajdujące się w nim obiekty mogą odnieść sukces jako jedna destynacja dla klientów biznesowych. Innymi słowy, to jednodniowe szkolenie wyglądało dokładnie tak, jak wyglądać powinno. Wszyscy na nim skorzystali.

Wydaje mi się, że przemysł spotkań w Polsce osiągnął już dojrzałość i obecnie w niczym nie ustępuje temu w innych europejskich krajach. Poziom zaufania jest lepszy. Zastąpił tę dawną atmosferę podejrzliwości i zachowywania wszystkiego dla siebie. Być może innym wyjaśnieniem jest fakt, że i samej wiedzy wokół nas jest coraz więcej. Poziom profesjonalizmu branży MICE w Polsce w ciągu ostatnich 10 lat na pewno jednak wzrósł. Duża w tym zasługa obecnego w Waszym kraju chaptera MPI. Działania podejmowane przez to stowarzyszenie chyba też w pewien sposób wpłynęły na to, że ludzie są bardziej skłonni mówić głośno o tym, co wiedzą.    

Pamiętajmy, że dzielenie się wiedzą jest jedną z najważniejszych cech, które charakteryzują nas jako istoty ludzkie. Nie przetrwalibyśmy jako gatunek, gdyby nie wymiana, przekazywanie własnych umiejętności i doświadczeń. Przetrwanie i dobrobyt zależą więc od naszej otwartości.

 

Politykom mówimy nie!

Zauważyliście, że coraz więcej miast nazywa ważne dla swojej infrastruktury obiekty nazwiskami osób, które się w nich urodziły lub wychowały, a następnie stały się sławne i świat o nich usłyszał? Jednym z lepszych przykładów obrazujących ten trend są lotniska. W Wielkiej Brytanii mamy np. Liverpool-John Lennon Airport i port lotniczy City im. George'a Besta (słynny piłkarz, wieloletni zawodnik Manchesteru United) w Belfaście. W Polsce takich przykładów – lotnisk nazwanych na cześć znanych ludzi – macie jeszcze więcej. Wystarczy przywołać Międzynarodowy Port Lotniczy im. Jana Pawła II w Krakowie Balicach, warszawskie lotnisko Chopina, gdańskie im. Lecha Wałęsy, lotnisko  im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy czy Henryka Wieniawskiego w Poznaniu.

To czego do tej pory jeszcze nie robiliśmy,  to nadawanie podobnych nazw centrom konferencyjnym i kongresowym. Ale już np.  w Stanach Zjednoczonych to dość powszechna praktyka. Bardzo dużo, o ile nie większość tamtejszych obiektów tego typu nosi nazwiska wybitnych postaci związanych w jakiś sposób  z miastem, w którym się znajdują. Często są  to lokalni politycy – zazwyczaj były gubernator, kongresmen lub burmistrz. Bodajże najbardziej znanym przykładem jest Jacob K. Javits Convention Center w Nowym Jorku, kolejnym, nazwane na cześć byłego gubernatora Pensylwanii David L. Lawrence Convention Center w Pittsburghu. Chociaż znacznie rzadziej, zdarzają się w USA także centra konferencyjne noszące imiona innych znanych postaci, nie związanych ze światem polityki. To m.in. McCormick Place  w Chicago, nazwane na cześć wydawcy  Roberta R. McCormicka. Nie licząc Stanów Zjednoczonych, praktyka honorowania byłych polityków, głów państw czy szefów rządów, poprzez nazywanie ich imieniem konferencyjnych venue wydaje się być jednak dużo bardziej rozpowszechniona w krajach rozwijających się niż w tych zaliczanych do tzw. pierwszego świata. Wystarczy spojrzeć na Tanzanię i Julius Nyerere International Convention Centre w Dar es Salaam, Kenyatta International Convention Centre w Nairobi (Kenia)  czy centrum kongresowe Mahatma Mandir  w Gandhinagar w Indiach, inspirowane życiem  i filozofią Mahatmy Gandhiego.  

W moim i Waszym kraju powszechną praktyką jest po prostu tytułowanie centrów konferencyjnych nazwami miejscowości,  w których są zlokalizowane. Wyjątek stanowi londyńskie Queen Elizabeth II Conference Centre. Ten obiekt jest szczególny także pod tym względem, że jako jeden z niewielu na całym świecie został nazwany na cześć kobiety (kolejnym jest jeszcze Queen Sirikit National Convention Center w Bangkoku). O ile mi wiadomo, nie ma jednak żadnych innych większych i znaczących venue – ani w Wielkiej Brytanii, ani w Polsce – których nazwy zostałyby zainspirowane postaciami naszych lokalnych czy nawet krajowych polityków. Cóż, to chyba wiele mówi o tym, jakie uczucia żywimy do większości z nich!

 

Jesteś taki jak ja, czy zupełnie normalny?

Normalni ludzie, zwiedzając miejsca do których wybierają się na wakacje, odwiedzają lokalne muzea, galerie sztuki, katedry, podziwiają zabytki, korzystają z całego szeregu innych atrakcji turystycznych. Nie dotyczy to mnie. Zaraz po rozpakowaniu walizki swoje kroki kieruję w stronę najbliższego centrum konferencyjnego, aby zrobić sobie zdjęcie na jego tle. Mam już setki takich fotografii z całego świata. Na każdej z nich można zobaczyć moją twarz, uśmiechającą się do obiektywu aparatu. W tle znajduje się oczywiście centrum konferencyjne. Cóż, każdy człowiek powinien mieć jakieś hobby.

Odwiedziłem ostatnio Marrakesz, gdzie spędziłem święta Bożego Narodzenia, w sumie 10 dni. Muszę przyznać, że udało mi się być w tym mieście aż trzy pełne dni, zanim uległem pokusie wyjścia z otoczonej murami medyny. Naturalnie po to, aby udać się do nowoczesnej dzielnicy i zrobić sobie selfie na tle imponującego gmachu Marrakech Conference Centre. Budynek wyglądał dziwnie znajomo. Dopiero po kilku minutach zdałem sobie sprawę, z jakiego powodu. Marrakesz był przecież miejscem, w którym w listopadzie ubiegłego roku gościła 22. sesja Konferencji Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmian Klimatu – COP22. Za sprawą tych wszystkich ważnych osób, które wzięły w niej udział impreza doczekała się wielu transmisji telewizyjnych. Swoją drogą ulokowanie konferencji poświęconej akurat tematyce zmian klimatycznych w Marrakeszu wydało mi się dość ironiczne. Szczególnie, kiedy wracałem do hotelu dławiąc się w oparach spalin wydzielanych przez tysiące motorowerów, skuterów i samochodów. Sprawiają one, że każdy spacer po wąskich uliczkach medyny staje się niezbyt przyjemnym i bezpiecznym przeżyciem.

Być może był to jednak główny powód zorganizowania szczytu klimatycznego właśnie w tamtym miejscu – uwypuklenie wyzwań związanych z koniecznością ochrony środowiska naturalnego w skali globalnej, poprzez wybranie i pokazanie miasta, w którym o środowisko zadbać trzeba szczególnie mocno. Przede wszystkim w aspekcie polepszenia jakości powietrza.

Szczyt klimatyczny w Marrakeszu przyciągnął około 30 tys. delegatów z 200 krajów. Wśród nich znalazł się Paweł Sałek, sekretarz stanu w polskim ministerstwie środowiska i pełnomocnik rządu ds. polityki klimatycznej, który stał na czele polskiej delegacji na COP22. Ostatniego dnia konferencji ogłosił, że Wasz kraj został wybrany gospodarzem szczytu klimatycznego COP24, który odbędzie się w 2018 r. Będzie to kolejna, bardzo cenna okazja dla Polski do pokazania całemu światu, że jest państwem które potrafi kompleksowo zorganizować nawet najbardziej złożone konferencje i kongresy – wydarzenia wysokiej rangi, na międzynarodowym szczeblu.   

 

Oni nie wrócą...

Zanim trzy lata temu stworzyłem własną firmę – MICE Knowledge, przez 15 lat pracowałem jako wykładowca na dwóch londyńskich uniwersytetach. Obie uczelnie znajdowały się praktycznie w centrum miasta, a ich studentami byli młodzi ludzie z całego świata, którzy przyjechali, aby studiować w stolicy Wielkiej Brytanii. Wielu z nich pochodziło z Polski. Jak mówili, wybierali Londyn, ponieważ trudno było znaleźć im kierunek związany z turystyką biznesową w ich ojczystym kraju.

Zauważyłem, że większość z nich, chociaż oczywiście nie wszyscy, po ukończeniu studiów zdecydowała się pozostać na Wyspach i właśnie tam rozpoczęła swoją karierę w branży MICE. Z częścią z tych osób utrzymuję kontakt do dziś, spotykamy się na różnych wydarzeniach, wymieniamy opinie. Praktycznie wszyscy odnieśli ogromy sukces, a ich kariera zawodowa w przemyśle spotkań rozwija się bardzo dobrze.  Niedawne wydarzenia związane z referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej skłoniły mnie jednak do refleksji. Czy będzie to miało jakiś wpływ na tych ludzi? Cały czas docierają do nas plotki, że w związku z Brexitem oraz faktem, że wartość funta od maja zauważalnie się osłabiła, polscy pracownicy już wkrótce zaczną masowo opuszczać Zjednoczone Królestwo.

Zastanawiałem się więc, czy polska branża MICE skorzysta w jakiś sposób z powrotu świetnie wykwalifikowanych i doświadczonych specjalistów. Rozmowy z kilkoma byłymi studentami z Polski uświadomiły mi, że odpowiedź brzmi: nie. Każdy z nich powiedział, że nie planuje powrotu do ojczyzny ani pracy w polskim przemyśle spotkań. Jednej z takich odpowiedzi udzieliła mi pochodząca z Warszawy Sylwia. Jej przygoda z branżą MICE rozpoczęła się 10 lat temu, kiedy przyjechała na studia magisterskie (Conference & Events Management), po uprzednim ukończeniu turystyki w Polsce. Od tego czasu zorganizowała na Wyspach setki różnych eventów. Pracowała zarówno jako organizator, jak i po stronie obiektów. Niedawno zdecydowała się przyjąć pracę w dużej korporacji, gdzie jako meeting planner jest odpowiedzialna za zlecanie i koordynację eventów.

Zapytałem ją o opinię w sprawie Brexitu. Przyznała, że faktycznie, wyniki referendum ją zszokowały. Tak jak większość jej przyjaciół. Zaraz dodała jednak, że jak dotąd nie odbiło się to w żaden sposób na jej pracy i codziennym życiu. Pracując w globalnej firmie, gdzie kapitał ludzki jest podstawową wartością, nie musi się niczego obawiać. To naturalne, że jest jeszcze wiele niewiadomych, ale dopóki Londyn pozostanie zamożnym, kosmopolitycznym i pełnym możliwości miastem, Sylwia nie zamierza go opuszczać. Inni też nie. Także przepraszam Polsko – wygląda na to, że polscy specjaliści MICE w najbliższym czasie nie będą wracać do domów.


Rob Davidson - dyrektor zarządzający w firmie doradczo-szkoleniowej MICE Knowledge oraz analityk w Reed Travel Exhibitions